O autorze
Maciej Rajk - (ur. 1984) pisarz i podróżnik, autor powieści „Miłość i inne pajęczyny”, „Bracia” i wydanej w tym roku powieści o podróży do Brazylii „Wyjechać”.
W przeszłości: asystent posła, domokrążca w Irlandii, HR-owiec, rekruter, dziennikarz, redaktor, współwłaściciel wydawnictwa i konsultant biznesowy.
Niedawno ukazała się jego powieść biograficzna, oparta o wspomnienia Marcina Twardowskiego "Spowiedź Selekcjonera". Obecnie mieszka w Londynie.

Najkrótsze małżeństwo - 1939

Fotografia historyczna, Google Images
Niezwykła historia z okresu drugiej wojny światowej.

Moja babcia była mężatką przez dokładnie siedemdziesiąt trzy sekundy. W chwili słabości oddała się dyrektorowi teatru, w którym grała jako młoda aktorka. W jej brzuchu natychmiast zaczął kiełkować mój tata. Rozpacz była wielka. Jej i rodziny.
- Co ja narobiłam najlepszego!?
- Taka młoda! On taki stary…
Przyciśnięta przez rodziców, zgodziła się jednak wyjść za Franciszka Randke. Ślub był zaplanowany na 18-tego września. Pech chciał, że był to rok, w którym Niemcy wkroczyli do Polski. Niemniej jednak ślub miał się odbyć. Postanowienia nie zmieniła nawet inwazja Związku Radzieckiego, w wigilię uroczystości.
- Brzuch ci córuś rośnie, nie maleje. Idziesz do ołtarza, choćbym miała cię przed bagnetem prowadzić! – perorowała jej matka, a moja prababcia, stukając przy tym nerwowo stopą o podłogę.
- Córuś, kochanie, zwłaszcza teraz, jak jest wojna, mąż się przyda. A z Niemieckim nazwiskiem, w tych czasach, to już skarb – przekonywiała.
- Gdyby dziadek żył jeszcze… Za Niemca wychodzić…
- Ale nie żyje! Zresztą jak się przed Niemcem wypina, to potem się wychodzi.

Babcia wybuchła płaczem.
- No już, już. Nie rycz. Mogłaś gorzej trafić. Wyczyść pantofelki, co by na jutro były gotowe.

Następnego dnia o 17:00 rodzina, w mocno ograniczonym składzie, w końcu wojna, stawiła się w kościele na warszawskiej Woli.
Zwłaszcza rodzina pana młodego nie dopisała. Tych parę osób, które przyszło spoglądało z niechęcią na rodzinę babci.
- Na ciążę, go złapała, podlotka! – mruczeli jeden do drugiego.
- Głupi! Stary a głupi! Inni płacą i nie mają problemów, a on musiał panienki w pracy uwodzić…
- Żona mu zmarła, samotny…
- To niech sobie kota kupi!
- Kupi, kupi… Teraz to za późno.
- Z kotką się żeni!

Rodzina babci jak wiadomo była przychylniej nastawiona do uroczystości, także stawiła się w miarę licznie. Byli rodzice panny młodej, dwie ciotki, jeden wujek, babcia, trochę dalszych krewnych i nawet brat Reni na półdniowej przepustce z wojska.

Ksiądz był, jakiego się udało znaleźć. Wyraźnie zmęczony, z wąsem ledwo pod nosem wysypanym, wyglądał też na lekko wystraszonego. Spodziewał się chyba, że Niemcy zaraz wedrą się do kościoła.
Szybko odczytał odpowiednie fragmenty biblii, zbliżał się właśnie do słów przysięgi, gdy pierwsza bomba spadła kilkanaście metrów obok lewej nawy bocznej. Podmuch wypchnął wszystkie witraże z okien, zasypując gości kolorowym deszczem tłuczonego szkła. Kolejne wybuchały dalej, wstrząsając tylko budowlą.
Goście pokładli się na ziemi, ale nadal cierpliwie wpatrywali się w stojącą pod ołtarzem parę narzeczonych.
- Proszę księdza, do rzeczy! – pospieszył przyszły pan młody. – Zanim nas tu Fuhrer pogrzebie.
Ksiądz blady wpatrywał się tępo w dym sączący się do wnętrza kościoła przez wybite okna.
- Nie możliwym to, jest kontynuować – wyszeptał, zachowując biblijną frazę.
- Teraz, teraz! – ponaglał Franciszek.
Kolejny ładunek rozsadził drzwi kościoła. Płonące drewno przefrunęło połowę długości nawy głównej, podpalając suknię siostry ciotecznej, babci panny młodej. Jej dwóch synów bez chwili wahania złapało ją pod boki i ugasiło, wrzucając do wielkiej chrzcielnicy.
Dla młodego księdza było tego za dużo. Sprintem rzucił się w stronę wyjścia. Zaskoczył tym wszystkich i pan młody dopiero po chwili rzucił się w pościg. Niedoszła panna młoda i świadkowie ruszyli za nim.
Dopadli go już na zewnątrz kościoła. Franciszek, mimo lat był w mężczyzną o sporej tężyźnie fizycznej. Gdy ksiądz przesadził dużą kamienną donicę, na drodze do furtki, pan Randke dał nad nią susa i chwytając kleryka wpół, obalił go na ziemię.
- Udzieli nam ksiądz teraz ślubu! – wydarł się nieprzytomnie.
- Proszę mnie puścić! Na Boga, bardzo pana proszę!
- Jak pan nas pobieże, to pana puszczę.
- Bój się pan Boga…
Cała rozmowa prowadzona była rozdzierającym krzykiem, jako że kolejne bomby, kruszące pobliskie budynki, wzniecały hałas wręcz nieprzytomny.
Ksiądz wyrwał się wreszcie i skoczył do wyjścia. Zanim jednak zrobił dwa kroki, brat mojej babci Reginy, mistrz bokserski Uniwerstytetu Warszawskiego, usadził go na miejscu potężnym prawym prostym.
- Za przeproszeniem, ekselencjo – wymruczał przepraszająco, pomagając księdzu się podnieść.
Ksiądz poddał się wreszcie i szybko wyrzucił z siebie:
- Czy ty Franciszku…
- Tak!
- Czy ty Regino Dygasińska bierzesz tego tu o to…
- Tak…
- Także ogłaszam was mężem i żoną! – zakończył, triumfalnie czyniąc znak krzyża.
Franciszek przytulił swoją żonę, po czym radośnie podrzucił ją do góry. Złapał ją pewnie i postawił na ziemi.
- Powinniśmy wracać do rodziny! – zauważył.
- Owszem – zgodziła się babcia.
Jako dżentelmen przepuścił ją przodem przez kościelne drzwi. To właśnie uratowało babci życie, bo w tejże chwili bomba rozłupała podwórze. Można powiedzieć, że życie zawdzięczam niemieckiej szarmancji. Pan Franciszek, razem z księdzem i bratem babci zginęli, pod gradem kocich łbów. Babcia, nietknięta padła na posadzkę kościoła i płakała rozdzierająco. Na jej oczach kamiennie rozerwały jej bliskich. Gdy huk ustał, mama podeszła, postawiła ją na nogi po czym strzeliła w twarz:
- Uspokój się! Poślubieni jesteście?
- Tak.
- Dobrze. Przeżyli?
- Nie!
- Bóg tak chciał, trudno. Ważne, że mały nie będzie bękartem.
- Franek go nazwę – oznajmiła babcia przez łzy.
- Niech będzie Franek – mruknęła prababcia. – A teraz pomóż mi wykopać męża spod gruzu. On zamykał, więc musimy klucze do waszego mieszkania wydobyć.


Moja przymiarka do piątej powieści. Uprzejmie proszę o komentarze!
Trwa ładowanie komentarzy...