O autorze
Maciej Rajk - (ur. 1984) pisarz i podróżnik, autor powieści „Miłość i inne pajęczyny”, „Bracia” i wydanej w tym roku powieści o podróży do Brazylii „Wyjechać”.
W przeszłości: asystent posła, domokrążca w Irlandii, HR-owiec, rekruter, dziennikarz, redaktor, współwłaściciel wydawnictwa i konsultant biznesowy.
Niedawno ukazała się jego powieść biograficzna, oparta o wspomnienia Marcina Twardowskiego "Spowiedź Selekcjonera". Obecnie mieszka w Londynie.

Emigracja dla opornych

Emigracja... Bardzo popularne zajęcie wśród Polaków. Gna nas ku wyższym zarobkom, lepszej jakości życia, nowym perspektywom... Nie mnie. Ja jestem przedstawicielem zdecydowanie mniej licznej i bez porównania bardziej naiwnej grupy, która wyemigrowała z miłości.

Z miłości do dziewczyny, oczywiście. Nie do królowej angielskiej i zjednoczonego królestwa. Nikt chyba nie kocha Wielkiej Brytanii. Deszcz. Ryba z frytkami. Paskudne pieczywo w TESCO. Metro w cenie taksówki. Sztywni Brytyjczycy i Brytyjki, które uważają, że należy się uchlać do nieprzytomności w piątek, najlepiej mając na sobie ultra-krótką miniówę. Wtrącenie: Proszę nie brać mnie za konserwatystę. Polki też pokazują nogi, natomiast Polki mają ładne nogi.



Większość przyjechała tu dla funta (taki oto znaczek: £ ), ja przyjechałem tu dla 26-letniej Dunki, urodzonej w Hong Kongu (gimnazjalista powiedziałby, że to taki znaczek: < 3 ). Poznaliśmy się na przystanku autobusowym w Warszawie, zadzierzgnęliśmy więzy, a potem fruwaliśmy do siebie co dwa tygodnie przez rok. Znudziło mi się, i oto piszę to, starając się zasłonić ekran, przed siedzącym obok mnie menadżerem, a za oknem leje londyński deszcz.

Głupek ze mnie, ale raczej szczęśliwy głupek.

Co tu się może podobać?!

Według ostatnich danych, w Londynie mieszka około 150-tysięcy Polaków. Jak wielu więcej uznało, że nie ma potrzeby zgłaszać się po National Insurance Number i pozostaje niezarejestrowanych– trudno powiedzieć. W całej Wielkiej Brytanii jest nas jeszcze więcej. Prawie każdy z nas, zna kogoś, kto „się wyniósł”, co czyni doświadczenie emigracji niemal powszechnym. Z reguły jednak słyszymy, jak to dobrze jest „na wyjeździe”. Popularnym hobby wśród brytyjskich Polaków jest narzekanie na nasz kraj i wychwalanie nowej ojczyzny:
- Tu są perspektywy!
- Możesz tu prowadzić firmę i nie czujesz na plecach nieświeżego oddechu ZUS-u!
- Tu ludzie mają otwarte głowy!
- Gdzie w Polsce bym tyle zarobił?!
- Tu polityka ma sens!
Może trudno się temu dziwić, bo każdy musi jakoś zracjonalizować swoje decyzje i czuć się dobrze z wyborem, ja jednak nie zamierzam roztaczać wizji raju. Ja narzekam na UK. Na zapchany, zakorkowany, zagoniony, śmierdzący spalinami i zmyty deszczem Londyn.

Do Londynu się dla przyjemności nie wyjeżdża. Let me elaborate.

1. Transport - opóźnienia i drożyzna

Metro... Ja wiem, że jak się ma jedną linię w mieście, to trudno porównywać... ale jakim cholera cudem w Polsce zawsze jeździ, zawsze jest na czas i nigdy nie jest zapchane tak, że się nie da do niego wsiąść, a w Londynie można nieraz czekać pół godziny na wagonik, a potem nie być w stanie do niego wsiąść. Codziennie są opóźnienia, odwołane pociągi, awarie. Autentycznie codziennie.
Jak tłumaczy mój kolega Niemiec:
- Metro jest gówniane, bo wygrali wojnę.
Trzeba mu przyznać rację - w Monachium, Kolonii czy Berlinie nigdy nie czekałem na wagonik dłużej niż parę minut.
Autobusy są jeszcze gorsze i czasem nie przyjeżdżają wcale. Nie dalej jak tydzień temu spędziłem półtorej godziny na przystanku, czekając na opóźniony o godzinę autobus. Alternatywy nie było, bo metro kończy wędrówkę trzydzieści minut po północy....
Aha i jeszce jest drogie to wszystko. Za przejechaniem metrem czterech przystanków do pracy, płacę 14 złotych. Dwa razy dziennie: 28 zł. I co tego, że zarabiam 40% więcej niż w Polsce, jak tu wydaje się o 100-130% więcej?!

2. Pogoda - minuta ciszy

Pogoda. Temat pogody pominę, dość powiedzieć, że na deszcz po prostu przestaje się zwracać uwagę. To trochę jak ze śniegiem na ulicy w Polsce zimą - po prostu jest i nic się z tym nie zrobi.

3. Dach nad głową, pętla na szyi

Drożyzna. I to taka raczej w Polsce niewyobrażalna. Za nasze mieszkanie, cztery pokoje, w „Strefie drugiej” płacimy dobrze ponad dziesięć tysięcy złotych. Oczywiście wynajęliśmy trzy sypialnie znajomym, ale w Polsce takie mieszkanie, w takiej lokalizacji możnaby hapnąć za dwa, dwa i pół tysiąca złotych. Czynsze tu poszalały. Odkąd południe Europy zmieniło się w wylęgarnię bezrobotnych, Londyn zaroił się od poszukiwaczy zarobku, ci muszą gdzieś mieszkać i nagle z rachunku popytu i podaży, pierdziut zrobiła się czynszowa bonanza. Właściciele mieszkań na wynajem w Londku, właśnie stawiają nowe zamawiają drugą kolejkę na Bahamach.

Do tego jeszcze przez pół roku można zamarznąć. Ale, ale, ale! Tak, wiem. W Polsce „odnotowywane” są niższe temperatury. W Polsce jednak ktoś zrozumiał, że budynek należy ocieplić, pojedyncza szyba w oknie, to nie szyba, a kaloryfer powinien grzać, a nie bulgotać.

W Londynie marznę jak nudysta na Alasce. Nie ma zmiłuj. Wszędzie zimno. Tylko w metrze duszno i gorąco. Nasz Hindus jest ciągle chory - kaszle, kicha i wygląda mizernie. Daję mu dwa miesiące.

I oczywiście w tej cenie standard nie jest wysoki. Na pytanie koleżanki jak opisałbym nasze mieszkanie odpowiedziałem:
- Najtańsza Ikea plus dziury w ścianach.
Żeby było zabawniej, spędziliśmy dobre trzy tygodnie poszukując mieszkania. Zwiedziliśmy przy tej okazji calutki Londyn (generalnie polecam, jak ktoś chce zajrzeć w miejsca, gdzie stopa turysty nigdy nie stanęła, zobaczyć budynki nie uwiecznione w żadnym chińskim albumie z fotografiami).

W jednym z pierwszych oglądanych mieszkań odkryliśmy zapchane folią dziury w oknach. Autentyczne dziury - spokojnie byłem w stanie zmieścić przez nie obie ręce (na raz). W innym przywitała nas dwójka koszmarnie otyłych współlokatorów, co ciekawe mimo trwającego remontu chodzili boso i w rezultacie oboje mieli obandażowane stopy. Czasem jeden szczegół wystarczy, byś zrozumiał, że nie chcesz z jakimiś ludźmi mieszkać.

Wreszcie znaleźliśmy przyzwoite mieszkanie odrobinę na południe od London Bridge. Skrzyknęliśmy znajomych, rozdzieliliśmy pokoje, właścicielka mieszkania nas zaakceptowała... a po dwóch tygodniach, kiedy już prawie zaczęliśmy kupować rzeczy do mieszkania, oznajmiła nam, że ktoś dał jej lepszą ofertę i że niestety musimy dalej szukać. Dodam tylko, że pani jest słynną skrzypaczką i że od tej pory nie słucham Smashing Pumpkins.

Nie tylko my zresztą mieliśmy takie przejścia. Moja koleżanka znalazła tanie mieszkanie przy samej stacji King's Cross. Gdy jednak oglądała je z landlordem, ten wspomniał mimochodem:

- To ja bym tak z dwa razy na miesiąc wpadał, co?
- Słucham? - spytała zdezorientowana.
- No wpadnę co dwa tygodnie. Wiesz, w takiej cenie mieszkania się nie znajdzie tutaj.

Szybko oświeciło ją, że była to cena dla dziewczyn z urodą (wszytko się zgadza: smukła, śliczna, była baletnica, pół Francuzka, pół Marokanka) i z kolanami, które nie lubią być blisko siebie (tu był problem). Po chwili rozmowy z owym panem, rozszyfrowała cały układ. Ów uroczy Brytyjczyk wynajmował mieszkanie swoje i żony, po czym wystawiał je w internecie taniej niż się z żoną umówił, a różnicę dopłacał z własnej kieszeni. Voilla! Biznes, seks i zdrada - witamy w wielkim mieście.

Generalnie wszystkie oferty, które wyglądają na zbyt dobre, by być prawdziwe... takie właśnie są. Po paru dniach odwiedzin i poszukiwań, trafiliśmy na ogłoszenie o pokoju z trzema sypialniami w Bayswater, w samym centrum Notting Hill. Cena była do zaakceptowania.

Właściwie od razu powinniśmy porzucić temat, bo w Notting Hill, a zwłaszcza przy Bayswater, w stronę Portobello Market, nie ma akceptowalnych cen. Można powiedzieć, że poza South Kensington i Chelsea, trudno w Londynie o droższą okolicę.
Mimo wszystko poszliśmy. Weszliśmy na ulice pełną willi i Mercedesów.
- To chyba niemożliwe, co?
Wreszcie dotarliśmy pod właściwy adres. Nie była to willa, więc uznaliśmy, że cena jest cudownie niska, ale nie szokująca. Nie byliśmy przygotowani na to co zastaliśmy w środku. Otworzył nam czterdziestoparoletni Hindus.
- Witajcie, witajcie. Inne osoby oglądają teraz mieszkanie, poczekajcie więc w salonie.
Skierował nas do „living roomu”, a tam... zastał nas ołtarz lady Diany i kilkanaście portretów (i jedna gipsowa rzeźba) pary William i Kate. Nie dało się spojrzeć na wolny fragment ściany.
- Oni to chyba wywiozą, zanim się wprowadzimy, co?
Dziewczyna tylko skierowała mój wzrok w stronę regału z książkami.
- O łaa...
Biografie, wynurzenia i książki kucharskie najgorszej maści brytyjskich celebrytów. Spojrzeliśmy na siebie i przez parę minut czekaliśmy w milczeniu. Wreszcie zacząłem krążyć po pokoju. W rezultacie znalazłem zdjęcie naszego Hindusa ze swoja małżonką. Wywaliłem oczy i odwróciłem się, by podzielić się swoim znaleziskiem, kiedy nasi gospodarze wkroczyli do pokoju.
Hindus i dwadzieścia lat od niego starsza Brytyjka. Moja druga połówka spojrzała zaciekawiona.
- To jego żona - wymówiłem bezdźwięcznie. Posłała mi niedowierzające spojrzenie.
Nasi gospodarze rozsiedli się na fotelach i zaczęli snuć przed nami wizję wspaniałego mieszkania. Wśród zapewnień o szczelnych oknach, opowieści o cudownych wykładzinach, uroczej okolicy, wygodnych materachach i pojemnej lodówce, zaczęły się pojawiać zastanawiające wtrącenia: naszą współlokatorką, powinna być dziewczyna, nie powinniśmy zapraszać często gości, ich rzeczy zostają w mieszkaniu... Powoli, spomiędzy wielokrotnie złożonych zdań i kiwająych głów, wyłoniła się przed nami paskudna prawda. Ta glista, która ożeniła się z tą staruszką wybitnie dla pieniędzy - w rozmowie wyszło, że mieszkanie należało od zawsze do niej - szukała opiekunów dla swojej leciwej małżonki. I to nawet nie darmowych - mieliśmy zapłacić za ten przywilej.
Co jakiś czas, gdy pojawiam się w tamtych okolicach zastanawiam się czy jacyś biedni naiwniacy, skuszeni piękną okolicą i wygodnym mieszkaniem, złożyli swoją prywatność na ołtarzy i wysłuchują wielogodzinnych opowieści straszej pani - skądinąd uroczej, ale po wysłuchaniu jej dwudziestominutowej opowieści o wyjeździe do Australii, mieliśmy ochotę już tylko uciekać.

Redeeming qualities

Po paru tygodniach znaleźliśmy jednak naszą spokojną przystań. Wynajęliśmy mieszkanie w Mile End, na wschodzie Londynu. Ma cztery sypialnie i dzielimy je z trójką studentów. Skład etniczny mamy trochę a la obóz koncentracyjny + potęgi Azji. Polak, Niemiec, Żyd + Chinka i Hindus. Dogadujemy się, dogryzamy sobie okrutnie. I muszę powiedzieć, że ta narodościowa zupa, to coś co Londyn trochę rehabilituje w moich oczach. Wśród tych wszystkich napięć, paskudnej pogody i niedobrego żarcia, jako ekipa z Mile End trzymamy się razem dość ciasno.

Żeby nie kończyć tak łzawo - za tydzień opiszę swoją wizytę w pośredniaku i dodam parę punktów do mojej anty-Londyńskiej listy.

Pozdrawiam ciepło, z mokrego Londynu,
Maciej Rajk

Zachęcam do odwiedzenia mnie na google+ i na Facebooku
Trwa ładowanie komentarzy...