O autorze
Maciej Rajk - (ur. 1984) pisarz i podróżnik, autor powieści „Miłość i inne pajęczyny”, „Bracia” i wydanej w tym roku powieści o podróży do Brazylii „Wyjechać”.
W przeszłości: asystent posła, domokrążca w Irlandii, HR-owiec, rekruter, dziennikarz, redaktor, współwłaściciel wydawnictwa i konsultant biznesowy.
Niedawno ukazała się jego powieść biograficzna, oparta o wspomnienia Marcina Twardowskiego "Spowiedź Selekcjonera". Obecnie mieszka w Londynie.

Kochaj nową ojczyznę! - Emigracja dla opornych - cz.2

London Bridge, jaki jest, każdy widzi
London Bridge, jaki jest, każdy widzi Jacqueline J. Lam
Londyn to miasto, które łatwo pokochać i łatwo znienawidzić. Krótka historia o spotkaniu z lauretką nagrody Bookera Eleanor Catton, pośredniaku i zamszowym Ferrari...

Swoim ostatnim artykułem wywołałem urocze oburzenie, naszych rodaków, którzy wyemigrowali na Wyspy Brytyjskie. „Jak on śmie narzekać na Londyn?”, „Jakim trzeba być idiotą, żeby widzieć coś lepszego w Polsce?”. Narzekam na Londyn, więc się nie znam. Na każdą londyńską paranoję jest wyjaśnienie i usprawiedliwienie – nawet na spóźniające się i wiecznie zapchane metro nie można narzekać, bo to przecież „taki złożony mechanizm”. To że metro w Paryżu, Sao Paulo, Mediolanie i dziesiątkach innych miast działa lepiej? Nieistotne! Na nową ojczyznę nie można narzekać, nawet w żartach!



A ton mojego tekstu był mocno żartobliwy, co niektórzy zrozumieli, a niektórzy nie. Dziś, po dwóch miesiącach od przeprowadzki mogę jasno powiedzieć: kocham Londyn i nienawidzę go. „Love & hate relationship”, jak to mówią po tej stronie kanału.
Z jednej strony jest to miasto, gdzie w metrze trwa walka, z nieba leje się woda, a ceny wywołują cichy płacz... Z drugiej jednak to cudowne, międzynarodowe, wielokulturowe miasto, o wspaniałej kulturze, dziesiątkach znakomitych teatrów, tysiącach wybornych restauracji i... tysiącach, tysiącach fascynujących ludzi, którzy przybyli tu ze swoimi marzeniami.
I to właśnie ci ludzie, którzy przyjechali do Londynu spełnić swoje marzenia, ostatecznie stanowią o niezwykłości tego miasta.

Nigdzie indziej i nigdy wcześniej nie spotkałem tylu ludzi, marzących o rozwinięciu swojego biznesu. Odwiedziłem tu biuro firmy Yplan, aplikacji smartfonowej, która zebrała od inwestorów w pierwszej fazie finansowania więcej pieniędzy niż Facebook (12 mln funtów, o pół miliona więcej niż firma Marka Zuckerberga), założonej przez parę pełnych pasji Litwinów. Spotkałem dwudziestoparoletnich przedsiębiorców, zakładających agencje reklamowe w Afryce, biznes z darmową kawą dla studentów... Odwiedziłem wreszcie biuro Readwave, portalu który chce zostać „youtubem dla opowiadań”, założone przez scenarzystę z Indii i Brytyjskiego doktora literatury. Były dni, kiedy miałem wrażenie, że każdy pracuje tu nad czymś na boku, każdy chce coś stworzyć.
Spotkałem tu wreszcie dwójkę niezwykłych pisarzy – Douglasa Couplanda i niedawną lauretkę nagrody Bookera, Eleanor Catton (na zdjęciu). Muszę powiedzieć, że za spotkanie z panią Catton i trzyminutową pogaduszkę po jej wieczorku autorskim (warto zadawać pytania!) dałbym sobie wcześniej rękę uciąć. Niech to taplające się w deszczu metro za kilkanaście złotych spóźnia się jeszcze bardziej, jeżeli mam tu mieć takie okazje!


Londynem można się zachłysnąć. Jeżeli poznamy parę ciekawych osób, zaprowadzą nas one do kolejnych. Możemy się poczuć nagle jak w „wielkim świecie”. Z tego też powodu rozumiem piewców tego miasta. Wszechobecne bogactwo działa na wyobraźnię. Człowiek zaczyna się zastanawiać czy sam nie mógłby osiągnąć więcej niż wcześniej miał nadzieję. Zaczynamy sobie wyżej stawiać poprzeczkę. Nie dalej jak w zeszły weekend widziałem na ulicy (kolega nawet pogłaskał) Ferrari o karoserii wyłożonej czarnym zamszem. Oniemiałem. W moim mózgu zderzyły się dwie myśli: „Co za idiotyczna, absurdalna ekstrawagancja!” i „Jezu... Czego ten człowiek dokonał, skoro stać go na wywalenie paru milionów w tak nonszalancki sposób?”
Z drugiej strony jednak ta metropolia ma swoje zaplecze. Masy wymęczonych, źle opłacanych robotników, kelnerów, sprzątaczy, kierowców... Wystarczy przejechać się metrem przed szóstą rano, by spojrzeć w ich poszarzałe twarze. Gdy utniemy sobie z nimi pogadankę – o ile mówią po angielsku! – dowiemy się, że mieszkają dziesiątki kilometrów od centrum, nieraz po 6-8 osób w małym wynajętym mieszkaniu. Sprzątająca nasz budynek Ukrainka dorabia sprzątając mieszkania prywatne od 17:30 do 23:00-23:30. Piętnasto godzinny dzień pracy...
Najmocniej zderzyłem się z tym Londynem numer dwa w tutejszym pośredniaku. Byłem jednym z tych szczęśliwców, którzy przeprowadzili się do Londynu z podpisanym kontraktem, i tak jednak musiałem wyprawić się do krainy bezrobotnych po National Insurance Number (taki identyfikator ZUS-u). Już na wejściu władowałem się w tłum, oblegający biurko zarządzającego grafikiem urzędnika. Rumuński, rosyjski, ukraiński, arabski, polski... Wszystkie języki świata tylko nie angielski. Gdy dopchałem się wreszcie do frontu, wciśnięto mi w łapkę formularz wydrukowany na papierze w stylu „gazeta podziemna z czasów PRL-u”, a wymęczony urzędnik obrzucił mnie obłędnym spojrzeniem i warknął tylko:
- You hear your name, you come!
Wyskrobałem swoje dane, zwróciłem formularz I poszedłem znaleźć wolne miejsce przy ścianie – a nie było o to łatwo, bo punkty podparcia były oblegane, jak na podstawówkowej dyskotece. Ludzie stali najczęściej w parach – interesant i osoba mówiąca choć trochę po angielsku. Koło mnie stali dwaj budowlańcy z Polski.
- O co oni mnie będą, k***a pytać?
- Pierdoły same... Czy masz pracę, gdzie mieszkasz...
- I co mam mówić?
- No prawdę.
- Serio?
- No może, że mieszkamy w czwórkę u mojej siostry, to sobie podaruj.
Uśmiechnąłem się pod nosem – poczułem się bardziej swojsko. Zagadałem z ciekawości parę osób: - Rumun, Rumunka, Chorwat, Bułgar, Słowak, Rumunka - a po kilku minutach wywołano wreszcie moje nazwisko.
- Macjedż...
Wiedziałem o kogo chodzi.
Nie był to jednak koniec oczekiwań. Ciemnoskóra pani poprowadziła mnie aleją ciągnącą się pomiędzy biurkami do czerwonej kanapy dla oczekujących. Wszędzie wokół interesanci przesłuchiwani byli przez urzędników.
- Jak to paszport miałam przynieść? – wydukała poznana wcześniej Rumunka.
Miałem wreszcie czas przyjrzeć się tej mielącej masy ludzkie fabryce. Zero naturalnego światła, wiszące świetlówki, zielonkawa, wytarta wykładzina, znudzeni urzędnicy, wystraszeni imigranci...
Jakimś cudem nasze urzędy zdołały ewoluować, a tu nadal panowała kafkowska atomsfera. Wreszcie wielki Arab z czarną gęstą brodą skinął na mnie palcem. Jego plakietka głosiła „MUHAMMED”, grubymi, czarnymi, drukowanymi literami. Poczułem się lekko zaniepokojony.
Muhammed okazał się jednak kompletnie uroczym, wyluzowanym i ciepłym facetem. Wspólnie zastanawialiśmy się co wpisać w odpowiednie kategorie (nie pamiętałem swojego NIP-u), żartowaliśmy, wymienialiśmy się uwagami o londyńskich dziwactwach.
Muhammed utwierdził mnie w przekonaniu, że jeżeli coś uratuje to miasto, to tylko przyjaźni ludzie.

Z ciepłymi pozdrowieniami,
Maciek Rajk

PS Jakby ktoś chciał mi się lepiej przyjrzeć, to o 8:20 rano w poniedziałek (28-my października 2013) opowiadam w Dzień Dobry TVN o swojej nowej powieści "Spowiedź selekcjonera"

PS2 A jakby ktoś chciał na mnie nakrzyczeć za ten artykuł albo po prostu posłuchać jak opowiadam o swoich powieściach, to jest okazja jutro (niedziela 27.10.13) w kawiarni Tarabuk, na Browarnej w Warszawie - godz. 19:00. Serdecznie zapraszam!

Zachęcam do odwiedzenia mnie na google+ i na Facebooku
Trwa ładowanie komentarzy...